Today is Tuesday.
Westchnęłam cicho i szarpnęłam za klamkę do sali od biologi. Odetchnęłam z ulgą. Drugi dzień z rzędu nie widziałam Justina i modliłam się w duchu, żeby chociaż dzisiaj ta chwila nie nastąpiła. Moje myśli od piątku krążyły wokół jednej sprawy: czego chce Christian?
Tak cholernie się go bałam... i to właśnie przez niego opuściłam Kalifornię. Co jeden głupi błąd może zmienić?
Zajęłam moje stałe miejsce i wypuszczając powietrze z ust wypakowałam najważniejsze rzeczy na tę lekcję. Drzwi od sami się otworzyły... - proszę nie Justin, proszę nie Justin... - i weszła nauczycielka. Odetchnęłam z ulgą i wyjęłam podręcznik od biologii. Zaczęłam notować, to co pani zaczęła nam dyktować. Tak, Harper aka wzorowa uczennica. Obiecałam coś matce i chcę to zrobić - przynajmniej do czasu.
Otworzyłam podręcznik i zaczęłam szukać informacji o danych zwierzętach, modląc się w duchu, aby czas minął szybciej i lekcja zakończyła się. Cóż, życie nie jest po mojej stronie i dłużyła sie niemiłosiernie. Westchnęłam z irytacją i rozejrzałam się po sali. Wszyscy zajęci zadanym ćwiczeniem, no tak. Oparłam głowę na dłoni i spojrzałam na zegarek. Zadzwonił dzwonek, spakowałam się i wyszłam w stronę sal gimnastycznych.
Cholera teraz wf...
***
Stanęłam w szeregu obok jakiejś rudowłosej dziewczyny, której imienia nie pamiętam. Zimny, jesienny wiatr smagał moje ramiona i policzki, co przypomniało mi, ze za dokładnie miesiąc będą święta. Z zamysłów wyrwał mnie głos trenera. Cholera, ten gościu doprowadzał mnie do szaleństwa.
- Adams, nie spać mi na zajęciach! - krzyknął w moją stronę. Pieprz się razem z Alice, idioto.
Wywróciłam oczami gryząc się w język, żeby się mu nie odszczekać. Usłyszałam śmiech "królowej szkoły", jeszcze bardziej się we mnie zagotowało. Posłałam jej mordercze spojrzenie, dziewczyna dalej się śmiała. No nic, kiedyś trzeba będzie się policzyć z tą pustą suką.
Na tym pierdolonym świecie są trzy osoby, których nienawidzę. Christian, trener i Alice... Ugh, mogłam zostać w tym pieprzonym Kolorado. Być może nie musiałabym teraz czegoś robić dla tego skurwiela...
- Ziemia do Adams! - syknął trener.
- Co jest? - warknęłam patrząc w stronę najbardziej obrzydliwego faceta na Ziemi.
- Wybierasz drużynę, nie widzisz? - krzyknął podchodząc bliżej.
- Nie jestem głucha! - splunęłam.
- Nie drwij sobie z nauczyciela! - syknął w moją stronę. Wywróciłam oczami i stanęłam obok Alice, która również wybierała osoby do swojej drużyny. Rozejrzałam się po boisku i wybrałam kilka osób do mojej drużyny. I tak przegramy...
***
Stanęłam przed drzwiami kawiarni głęboko oddychając. Miałam wrażenie, że moje serce zaraz wyskoczy z piersi, bałam się, czego on będzie chciał... Zacisnęłam zęby i szarpnęłam za klamkę otwierając szklane drzwi do Starbucks'a. Rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu znajomej mi osoby.
Moje serce... przestało bić na sekundę. Siedział tam robiąc coś w swoim białym IPhone. Był jak zawsze, idealny. Włosy ułożone zawsze jak po seksie, ubrania dopasowane do jego idealnego ciała i te tatuaże... ugh, był cholernie pociągający. Przygryzłam dolną wargę niepewnie idąc w jego stronę. Usiadłam na przeciwko i mimo, że nie patrzyłam na niego, wiedziałam, że on to zrobił.
- Proszę, cóż za spotkanie Harper Adams. - wychrypiał niezmiernie ponętnym głosem. Cholera.
- Przejdźmy do rzeczy. - westchnęłam nadal nie patrząc w jego stronę. - Co ode mnie chcesz?
- Jest zlecenie...
- Nie zajmuję się już tym. - mruknęłam przerywając mu.
- Nie przerywaj mi wiesz, że tego kurwa nie lubię. - syknął. zgniatając pusty kubek.
- P-przepraszam. - jęknęłam obdarzając go jednym krótkim spojrzeniem. Nic się nie zmienił... No oprócz tego, że zapuścił małą brodę.
- Lepiej. - powiedział i uśmiechnął się z wyższością (mimo, że tego nie widziałam, wiedziałam, że to zrobił, miał to w swoim zwyczaju). - Alison jest w mieście.
- Fajnie wiedzieć. - syknęłam przypominając sobie moją dawną partnerkę od... przestępstw.
- Przejdźmy do rzeczy - uśmiechnął się złośliwie. - Zabawię się tu trochę, więc jeśli nie chcesz skończyć w piachu lub jako moja prywatna dziwka za to co zrobiłem lepiej mnie słuchaj.
Zacisnęłam zęby uśmiechając się sztucznie i zmrużyłam oczy. Ten koleś działał mi na nerwy.
- O co ci chodzi Malik?
- Pamiętasz Deana?
- Turner'a?
- Tak.
- No, to co z nim?
- Jest na ostrzał. Masz go rozkochać w sobie i zamordować.
- C-co? - jęknęłam. - Przecież wy mieliście wspólne interesy.
- Mieliśmy. Dopóki nie zaczął ich pieprzyć z kasy.
- Nie mogłeś go od razu zastrzelić? - westchnęłam.
- Nie będę sobie brudził rąk krwią tego skurwiela.
- A ja mogę, huh? - uniosłam lewą brew.
- Piach, on, mój dom, co wybierasz? - spytał.
- On.. - westchnęłam opierając głowę na dłoni. - Dostanę jakiegoś partnera?
- Alison, mówiłem ci, że kręci się w okolicy. - jęknął oblizując usta i spojrzał na mnie jak na idiotkę.
- No tak. - mruknęłam. Szczerze? To nie śpieszyło mi się na spotkanie z tą dziewczyną. Może i była jedną z bliższych mi osób, ale to ona razem z mulatem wciągnęli mnie w to wszystko.
- Prześle ci dane, gdzie on teraz jest i co robi.
- Okej, mogę już iść? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Jasne, zadzwonię do ciebie jak będzie coś na rzeczy. - uśmiechnął się w moją stronę. Okej, w tym momencie był podejrzanie miły.
- Pa Zayn. - machnęłam ręką i wstałam kierując się do wyjścia. Nareszcie.
Już miałam szarpnąć za klamkę kiedy ktoś mnie wyminął w tym. Spojrzałam w górę i zetknęłam się z tymi brązowymi oczami. Cholera Justin.
*Justin Bieber's POV*
Siedziałem z chłopakami na jednej z ławek przy Starbucksie wypatrując jakichś fajnych lasek.
- Cholera Bieber Harper już ci się znudziła? - Luke wywrócił oczami opierając się ramionami o oparcie.
- Nie, ale potrzebuję kogoś! - jęknąłem. - Masz z tym do chuja jakiś problem?
- Wcale. - prychnął.
- Idę po coś do picia. - syknąłem próbując mieć na tyle stalowe nerwy i nie przyjebać mu w ten niewyparzony ryj. Coraz bardziej mnie wkurwiał, zachowywał się jak jakaś baba z okresem. Wstałem z ławki i poszedłem w stronę Starbucksa. Szarpnąłem za klamkę i zderzyłem się z kimś w drzwiach.
- Uważaj jak chodzisz... - syknąłem podnosząc wzrok na osobę. - Harper?
- Uh.. też mi cię miło widzieć Justin. - jęknęła nerwowo.
- Dasz się zaprosić na kawę? - spytałem uśmiechając się słodko. Na ten uśmiech żadna dziewczyna nigdy nie powiedziała nie...
- Teraz? T-tutaj?
- Coś nie tak? - spytałem marszcząc brwi.
- Nie skądże. - uśmiechnęła się krzywo. - Okej.
Była jakaś podejrzanie wystraszona... Spojrzałem na nią, ale ona była rozbiegana wzrokiem po całym pomieszczeniu. Typowy Justin nie zwróciłby nawet na to uwagi, ale... w niej coś było.. Coś co pociągało mnie bardziej niż w innych laskach.
- Co się dzieje? - wyszeptałem przybliżając się do niej.
- Nic, na prawdę! - wywróciła oczami zdenerwowana moim pytaniem. To moja wina, że się o nią martwiłem? Chwila... czy ja to właśnie powiedziałem?
- Co dla ciebie? - spytała ekspedientka wyrywając mnie z transu. Spojrzałem w jej stronę... Cholera, suka była nieziemsko seksowna.
- Mrożoną Moche. A ty Har?
- Um cokolwiek, cappuccino.
- Okej. - uśmiechnęła się i podała mi paragon. Zapłaciłem za dwie kawy, a brunetka wzięła swoją kawę.
- Możemy stąd iść? - spytała błagalnym tonem.
- Cholera co jest? - syknąłem wkurzony biorąc własny napój.
- Tutaj... jest mój były. - westchnęła po chwili namysłu, przez co rozejrzałem się po kawiarni.
- Oh.. - westchnąłem. - Okej, ale na zewnątrz jest Luke z Mattem.
- Spoko, rozumiem i tak mi się śpieszy. - westchnęła poprawiając swoją torebkę. Przygryzłem wnętrze policzka, nie chciałem, żeby szła.
- Musisz? - spytałem z nutą nadziei w głosie.
- Tak. - mruknęła. - Mam kilka spraw do załatwienia. Pa Justin.
- Cześć.
Cholera, czy ja zawsze muszę wszystko zjebać?
***
BAM! JEST :) po 2 miesiącach, przepraszam ale miałam masę spraw rodzinnych.
Jak wam się podoba? KOMENTUJCIE!
buziaki @jdbxsomeone