środa, 29 stycznia 2014

I'm not good girl and i never wasn't she"

*Harper's Adams POV*

- Harper! - usłyszałam krzyk mojej mamy, przez co zdjęłam słuchawki, które spoczywały na moich uszach.
- Co jest? - syknęłam w jej stronę.
- Jesteśmy na miejscu.
   Za dobrze znałam to miejsce, Brooklyn. Własnie tutaj się wychowałam, a potem się wyprowadziłam. Szczerze? Po czwartej przeprowadzce przestałam liczyć, bo po co? Nie rozumiałam tylko jednego: po co?
- Dlaczego tutaj? - zaśmiałam się odwracając głowę, aby zobaczyć co mój brat robi. Spał. To dziwne jak na ośmiolatka z taką energią jak on.
- Ostatni raz... - kobieta uśmiechnęła się zakładając za ucho kosmyk włosów.
  Prawda była taka, że to po części przeze mnie ciągle zmienialiśmy miejsce zamieszkania... Po śmierci ojca, wszystko przestało być takie jak kiedyś, bardzo się zmieniłam. Nie jestem grzeczną dziewczynką i nigdy nią nie byłam, mimo, że wiele osób próbowało mnie zmienić, uwierzcie, za dużo. Za każdym razem zaczynałam od nowa... z czystym kontem...
  Wyjechaliśmy stąd, ponieważ mama nie chciała nadal mieszkać, w miejscu, gdzie zginął jej ukochany mąż... To było takie ciężkie dla nas wszystkich...
  Za pierwszym razem zamieszkaliśmy w Bridgeville, po drugiej stronie Ameryki... Jak najdalej od wszystkiego. To właśnie tam zaczęły się wszystkie problemy, miałam zaledwie 11 lat...
  Łącznie byłam w sześciu stanach: Kalifornii, Nowym Jorku, Waszyngtonie, Teksasie, Georgii i Kolorado.
- Powrót do początku? - prychnęłam.
- Wiem, że ci ciężko, ale uwierz, mi też nie jest łatwo.
- Zmieniałam szkołę ponad dziesięć razy i ty mówisz że tobie jest źle?! - syknęłam, próbując nie zbudzić Davida.
- Po prostu spróbuj się przystosować, okej?
- Nikogo tu nie znam... - mruknęłam.
- A Lizzy? Tommy, Phil, Vicki?
- Mamo daj spokój! To znajomi z przedszkola. - wywróciłam oczami. - Nawet nie wiem, jak teraz oni wyglądają.
- Proszę cię, nie schrzań tutaj nic..
- Gdzie mnie zapisałaś? - spytałam, przypominając sobie, że wcześniej nie angażowałam się w nic związane z przeprowadzką.
- Eleanor Roosevelt. - uśmiechnęła się z błyskiem w oku. Tam właśnie poznała mojego ojca.
- Jesteś chora. - powiedziałam sucho.
- Co jest?
- Nie mogłaś gdzieś bliżej? - syknęłam zastanawiając się jak mogę wylecieć z tamtej placówki.
- Harper, nie takim tonem, co? - odpowiedziała. - To dobra szkoła, chcę żebyś wyrosła na dobrą obywatelkę.
- Mamo... - westchnęłam.
   Kolejna szkoła pełna bogatych i próżnych dziwek. pomyślałam zaciskając pięści. Wcale nie uśmiechało mi się dojeżdżanie tam.
- Kiedy wysiadamy? - spytałam, bo nie uśmiechało mi się przesiedzenie całego dnia w starym samochodzie. Mama skinęła głową, a ja otworzyłam drzwi i wzięłam swoje walizki z bagażnika. Mama obudziła Davida, ale nie dbałam już o to, po prostu weszłam po niewielkich schodkach budynku i otworzyłam drzwi wejściowe. Weszłam po dłuższych schodach i stanęłam przed drugimi wymalowanymi białą farbą drzwiami od mieszkania. Ten sam blok, a nawet to samo mieszkanie...
  Westchnęłam głośno rozglądając się po umeblowanym salonie, który wyglądał inaczej niż wtedy, gdy tu mieszkaliśmy. Czerwone ściany i ciemne meble zostały zastąpione beżem i brązem. Uśmiechnęłam się pod nosem, kierując do swojego pokoju. Otworzyłam okno i spojrzałam na ulicę, po której co jakiś czas przejeżdżały samochody.
- Kochanie? - usłyszałam głos mojej rodzicielki. Stała oparta o framugę drzwi.
- Co jest?
- Zaopiekuj się Davidem, idę do sklepu po coś na kolację. - uśmiechnęła się poprawiając czarną kurtkę.
- Okej.
  Jej usta ułożyły się w bezszelestne "dziękuję", a ja zaczęłam rozpakowywać walizki.
***
  Nabiłam widelcem na kawałek lasange, którą mama kupiła w pobliskim sklepie i szybko przeżułam.
Widać, że nie tylko mi ona nie smakowała, mój brat skrzywił się przy pierwszym kęsie.
- Gadałam z mamą Lizzy...
  Załatwiasz mi przyjaciół? No, świetnie. Prychnęłam.
- I co? - udałam zaciekawioną.
- Spotkałam ją w sklepie, wiesz... postanowiłyśmy odnowić kontakt. Wiesz, że ona nadal mieszka w bloku obok?
  Super, interesujące... westchnęłam.
- Fajnie. - mruknęłam.
- Ja i jej mama byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami...
  Skończ pieprzyć.
- I co w związku z tym? - spytałam biorąc łyk wody.
- Ona też zapisała Lizzy do Eleanor Roosevelt.
- Super. - skinęłam ironicznie odkładając mój talerz do zlewu.
***
  Obudziłam się z ogromnym bólem głowy, zresztą jak zwykle.. Odsłoniłam okna, przez co słońce, które wpadało ociepliło pokój, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Tak bardzo mi tego brakowało. Mam nadzieję, że mama nie będzie chciała się znowu wyprowadzić... Przynajmniej nie z tego miasta...
  Wyszłam z pokoju, mamy i Dave'a już nie było. Poszłam do łazienki z zamiarem wzięcia krótkiego prysznica i ubrałam jasne spodnie, czarny sweter przez głowę i czarne botki na niskim obcasie. Umyłam twarz zimną wodą, po czym wklepałam podkład i umalowałam rzęsy-nie lubię mocnego makijażu-i związałam włosy w wysoki ogon. Wyglądałam znośnie, więc wzięłam rogala z kuchni i pobiegłam na metro.

   Tak, to zdecydowanie nie będzie najlepszy dzień w moim życiu...

*** 
DŁUGO PISANY, ALE JEST! JAK WAM SIĘ PODOBA?  XOXO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz